piątek, 26 lipca 2013

Part IX - Racing

Zapowiadał się cudowny dzień. Chodziłam po moim nowym domu uśmiechnięta. Na dodatek Margo i Max ciągle się do siebie mizdrzyli. Chyba wczuwali się w rolę, albo na prawdę coś do siebie czuli. Stawiałam na to drugie. Kolejne przedpołudnie minęło mi samotnie. Zjadłam rano śniadanie z przyjaciółmi i znów ruszyłam do ogrodu. Włożyłam słuchawki w uszy i siedziałam na huśtawce. Myśli błądziły mi po głowie. Nie wiem czemu. Zastanawiałam się jak to będzie żyć normalnie. Tak dawno nie siedziałam na dworze co przez ostatnie dwa dni. Oddychałam głęboko pozwalając ciepłemu powietrzu wypełnić moje płuca. Słońce prażyło mi twarz, ale to było tak cholernie przyjemne uczucie, że nie chciałam się ruszać z miejsca. Jednak moje plany pokrzyżowały czyjeś ręce wyciągające mi z uszu słuchawki. Otworzyłam oczy i zobaczyłam uśmiechniętego Hayden'a znaczy Harry'ego. Spojrzałam na niego z uśmiechem.
-Kendy, mam coś dla Ciebie- powiedział używając mojego nowego imienia. Podał mi dwie plakietki. Spojrzałam na nie. Widniały tam moje zdjęcia i moja nowa tożsamość. Trzymałam w ręku prawo jazdy i nowy dowód osobisty.
-Dziękuję Hazz, w końcu jestem wolna- powiedziałam ze łzami w oczach. Spuściłam na chwilę wzrok, pozwalając płynowi cieknąć po moich policzkach. Chłopak podniósł mój podbródek i wyszczerzył się do mnie.
-To nic takiego Kendy, a tu masz kluczyki od samochodu jakbyś chciała wybrać się na miasto- powiedział wciskając mi w rękę pęk z breloczkiem. Przekręciłam oczami, ale nic nie powiedziałam. Chłopak dodał, że jedzie jeszcze coś załatwić na miasto, a Max i Margo wyszli na spacer. Czyli znów zostanę sama. Postanowiłam oddać się błogiemu lenistwu. Siedziałam na słońcu, ale po kilku godzinach mi się znudziło. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła pierwsza. Zerwałam się z miejsca i poszłam do domu. Nie wiele myśląc przebrałam się w rurki i obcisły t-shirt. Jeszcze dołożyłam czarne koturny i poprawiłam włosy. Z kluczami ściśniętymi w ręku ruszyłam na podjazd. Nacisnęłam przycisk na breloku. Światła zapaliły się w czarnym, sportowym samochodzie. Wyglądało trochę jak porsche, którym uciekałam z Margo, ale jednak wyglądało inaczej. Podeszłam do samochodu otwierając maskę. Trochę dziwne jak na dziewczynę, ale i tak to zrobiłam. Widząc silnik zaniemówiłam. Musiał mieć sporo mocy. Może powinnam to wykorzystać w końcu. Zamknęłam klapę i wskoczyłam do samochodu. Rzuciłam telefon na siedzenie obok, a wszystkie papiery schowałam w schowku. Pora była wykorzystać moje maleństwo. Zamieniłam okulary na przeciwsłoneczne i ruszyłam spokojnie ulicami Paryża, dopiero kiedy znalazłam się za miastem docisnęłam pedał gazu. Cudownie było czuć pod dłońmi moc maszyny i słyszeć cichy warkot silnika kiedy zmieniałem biegi. Nagle się zatrzymałam koło jakiegoś przydrożnego baru. Stało tam masa sportowych samochodów. Jednak żaden nie miał takiej mocy jak moje auto. Znałam modele. Wjechałam na parking zatrzymując się i wysiadając majestatycznie ze środka. Usłyszałam gwizdy za sobą. Przekręciłam oczami i odwróciłam się w kierunku dźwięku. Zobaczyłam bruneta z rozczochranymi włosami i delikatnym zarostem.
-Masz niezły tyłek mała- powiedział po francusku szturchając się z kolegami. Spojrzałam na niego kpiąco.
-Uważaj na słowa, bo zmienię Ci układ twarzy- powiedziałam już po angielsku z uśmiechem pełnym kpiny. Rozumiałam co do mnie mówi, ale mówienie po angielsku było ciekawsze, ale jakie moje zdziwienie kiedy usłyszałam, że odpowiada mi w moim ojczystym języku. Nauczyłam się jednak czegoś ostatnimi czasy. Bycie miłą nie popłaca. Chłopcy zaczęli buczeć. No cóż. Dziewczyna właśnie zjechała ich kumpla. Podeszłam do nich.
-Prosisz się, aż o wpierdol mała- warknął. Zaśmiałam się.  W koturnach byłam jego wzrostu. Spojrzałam w jego oczy.
-A co ty możesz zrobić dzieciaczku?- powiedziałam i spojrzałam na samochód o który się opierał. Wyglądał na całkiem wydajny. Sądząc po modelu miał pod maską wielki silnik. Jednak to dalej było nic. -Twój samochodzik jak mniemam- powiedziałam z kpiną. Chłopak gotował się w środku, a ja dalej lustrowałam pojazd okiem znawczyni.
-Nie udawaj, że się znasz- powiedział chłopak, śmiejąc się jak głupek. Teraz się wkurwiłam. Kopnełam w oponę. Odpadł kołpak. Bruten miał minę jakby rozwścieczony byk. Uśmiechnęłam się do niego prowokacyjne.
-Jestem lepsza od Ciebie złamasie- powiedziałam spokojnie. Znów moich uszu doszło buczenie jego kumpli. Chłopak robił się czerwony z nerwów. Zaśmiałam się. Nagle za ich pleców wyskoczyła jakaś ruda, długonoga szmata. Zaczęła mówić coś co brzmiało jak 'wyścig'. Chłopcy dołączyli do niej. Teraz byłam pewna co powiedziała. Może to był dobry pomysł. Pokazałabym kretynowi kto tu rządzi. -Twoi koledzy mają niezły pomysł- powiedziałam i ruszyłam w kierunku auta. Chłopak stał jak wryty, ale wsiadł do swojego pojazdu. Odpaliłam silnik. Na miejsce zaraz pobiegła ruda i stanęła z jakąś zieloną chustą. Stanęłam na lini, która miała stanowić nasz start. Pokazali nam gdzie jest meta. Stał tam jakich chłopaczek. Spojrzałam prowokacyjnie na bruneta. Podjechał do mnie i się zaśmiał, a z jego ust wyszło 'głupia suka'. Myślał, że wygra?! Po moim trupie. Nagle zobaczyłam, że dziewczyna daje nam znaki do ruszenia. Nagle zielony materiał opadł. Ruszyliśmy z piskiem opon. Czułam zapach spalonej gumy. Brunet delikatnie mnie wyprzedzał. Przełączyłam na wyższy bieg. Szybko go wyprzedziłam. Jeszcze jeden bieg w górę. Tym razem już wyprzedzałam go o długość samochodu. Zaśmiałam się i zatrzymałam się dopiero na mecie. Auto stanęło bokiem dzięki gwałtownemu hamowaniu. Chwilę po mnie na mecie wylądował brunet. Wysiadłam z pojazdu, a zaraz po mnie wyleciał brunet. Spojrzałam na niego. Wyglądał na wściekłego i zagubionego.
-I co teraz dzieciaczku?- zapytałam. Nie odpowiedział. Wrócił do samochodu i próbował odpalić, ale nic się nie stało. Auto burknęło zaskrzeczało i padło. Przekręciłam oczami. Chłopak wyskoczył z auta i otworzył maskę. Szukał czegoś, ale nic ciekawego się chyba nie znalazło. Podeszłam do niego. Spojrzał na mnie morderczym spojrzeniem, ale dał mi spojrzeć. Spojrzałam uważnie na silnik i widocznie przeciążył samochód, bo przewód paliwowy był pęknięty. Jednak coś mi jeszcze nie pasowało. Położyłam się pod samochodem zerkając na zawieszenie. Tak jak myślałam. Pewnie kretyn jeździł tą zabawką po dziórach, bo zawieszenie było cholernie dowalone. Podniosłam się do pionu i zamknęłam maskę.
-Dzwoń lepiej po pogotowie techniczne geniuszu. Wykończyłeś tą zabawkę. Przewód paliwowy poszedł. I rada na przyszłość. Tą zabawką nie jeździ się po dziurach, górkach i pagórkach- dodałam. Brunet patrzył na mnie zdziwiony. Wyglądał jakby zobaczył kosmitkę co najwyżej.
-Skąd wiesz, że jeździłem po drogach polnych?- zapytał. Westchnęłam cicho, opierając się o maskę jego pojazdu.
-Masz rozwalone zawieszenie- powiedziałam. Zastanawiałam się jak można doprowadzić taką zabaweczkę do takiego stanu. O auta powinno się dbać, a nie traktować je jak byle zabawkę. Tak daleko nie zajedziemy.
-Jesteś mechanikiem?- zapytał. Zaśmiałam się.
-Nie, mój tata był, a tak w ogóle jestem Kendall- powiedziałam podając chłopakowi rękę. Widocznie zostawiłam za sobą przeszłość, bo nawet mi przez myśl nie przeszło, żeby powiedzieć Katy. Brunet ujął moją dłoń i się uśmiechnął szeroko.
-Laurent, ale dla kumpli Louis- powiedział. Wyszczerzyłam się. Mężczyzna zadzwonił po pomoc w końcu. Siedzieliśmy do ich przyjazdu i rozmawialiśmy. O dziwo mówienie po angielsku Lou miał opanowane do perfekcji. Dopiero potem mi wyjaśnił, że niedawno przeprowadził się z rodzicami z Londynu tutaj. Był całkiem miły szczerze powiedziawszy. Po paru minutach przyjechała pomoc i zabrała jego samochód.
-Podrzucić Cię do domu?- zapytałam miło. Chłopak ochoczo pokiwał głową i wsiadł do samochodu. Wziął moją komórkę i coś wbił na klawiaturze i zadzwonił... sądząc po tym, że odezwał się jego telefon to dzwonił do siebie. Spojrzałam na niego zdziwiona.
-No co? Muszę mieć numer tak seksownego mechanika- powiedział z uśmiechem. Zaśmiałam się. Lou pokierował mnie pod swój dom. Mieszkał kilka ulic od mojego 'pałacu'. Wysiadł z samochodu i tylko mi pomachał. Czułam się tak spokojnie. Wracałam do domu. Zatrzymałam się na podjeździe. Było koło czwartej. Weszłam do domu, a tam już siedzieli wszyscy. Harry spojrzał na mnie dziwnie, a ja sie wyszczerzyłam jak głupek. Nic im nie powiedziałam tylko musiałam zacząć się szykować na imprezę, bo się do jutra nie wyrobię. Poszłam do swojej sypialni. Zrzuciłam z ciała brudne ciuchy i wskoczyłam do wanny, do której nalałam wody i kokosowego olejku. Nagle zadzwoniła moja komórka, a raczej dostałam sms. Złapałam urządzenie z krzesełka i zerknęłam na wyświetlacz. Uśmiechnęłam się szeroko.

Masz nową wiadomość od: Louis

Hej Kendy, słuchaj może byśmy wyszli wieczorem gdzieś?



Zaśmiałam się. Chciałam z nim wyjść, ale czułam, że to nie będzie fair w stosunku do Harry'ego. Z reszta mieliśmy razem imprezować dzisiaj! Czekała nas zabawa stulecia! W końcu to ja będę się bawić, a ktoś będzie obsługiwał mnie!

Wiadomość wysłana do: Louis

Dzisiaj nie mogę, przepraszam. Przyjaciele zabierają mnie na
imprezę ;c



Nie wiem czemu wysłałam mu smutną minkę, ale tak jakoś samo wyszło. Przecież nic na to nie poradzę. Zresztą było już za późno na cofnięcie sms. Może chciałam się z nim spotkać? Sama nie wiedziałam. Myślałam, że mnie i Hazzę łączy coś wyjątkowego. Sama nie wiedziałam jak to jest, ale chciałam z nim o tym pogadać dzisiaj.

Masz nową wiadomość od: Louis

To co powiesz na jutro wieczór? Zapraszam na kolację!



Wyszczerzyłam się do komórki i szybko napisałam, że się zgadzam! W końcu nie mogłam tylko z przyjaciółmi siedzieć. Chciałam żyć normalnie. Jak każdy inny człowiek. Po godzinie wyszłam z wanny susząc włosy. Zostawiłam loki w nieładzie i owinięta w ręcznik wróciłam do sypialni grzebiąc w moich nowych ciuchach. W końcu wytargałam jeansowe szory i długą koszulką na ramiączka wytykaną cekinami. Włożyłam wszystko i dopełniłam wszystko sandałkami na szpilce. Mówiąc skromnie wyglądałam cudownie. Poszłam jeszcze do łazienki zrobić makijaż kiedy usłyszałam krzyk Margo.
-Kendy streszczaj się! Bo się spóźnimy!- pokręciłam głową, ale szybko skończyłam makijaż i zbiegłam na dół. Wszyscy byli jakoś tak normalnie ubrani. Chłopcy patrzeli na mnie ze zdziwieniem malującym się w oczach.
-Ślicznie wyglądasz- wypalił Harry. Uśmiechnęłam się tylko i złapałam kluczyki od mojego samochodu. Harry, Max i Margo mieli jechać jednym, ale ja chciałam nacieszyć się swoim maleństwem. I tak jak się spodziewałam byłam na miejscu pierwsza. Poczekałam na resztę bandy i do budynku weszliśmy razem. Od razu uderzyły mnie kolorowe światła. Wyszczerzyłam się.
-No to imprezę czas zacząć!- krzyknęłam i wmieszałam się w tłum ludzi...

czwartek, 18 lipca 2013

Part VIII - Who I am now?!

To było zabawne. Spałam chyba całkiem długi kawał czasu. Obudził mnie ból w ręce. Jęknęłam głucho. Nagle usłyszałam znajmy głos.
-Jak się czujesz?- zapytał Hay. Uśmiechnęłam się słabo, ale nic nie powiedziałam. Byłam cholernie wymęczona. Sen nie dał mi odpowiedniego wypoczynku niestety. Przytuliłam się do chłopaka. Widział, że nie jestem w stanie rozmawiać. -Jesteśmy już nad Francją, niedługo lądujemy- poinformował mnie dając mi całusa w czoło. Czekałam aż usłyszę, że lądujemy i w końcu usłyszałam piskliwy głos stewardessy. Zapięłam pasy i po paru minutach stałam już na deskach lotniska opierając się o ciało Natha i Mary. Półprzytomną zaprowadzili mnie do jakiegoś samochodu, a potem kiedy otworzyłam oczy leżałam w wielkim małżeńskim łóżku, w białej pościeli ubrana w za dużą koszulkę. Dopiero teraz czułam się wypoczęta. Miałam wrażenie, że wyspałam się za wszystkie czasy. Podniosłam się na łokciach i rozejrzałam dookoła. Pierwsze co zauważyłam to wielka szklana ściana pokazująca piękny ogród i stawek. Potem dopiero zauważyłam, że ściany w pomieszczeniu mają kolor ciepłej czekolady. Wszystko było takie śliczne. Przeciągnęłam się. Męczył mnie kac. Zeskoczyłam z łóżka. Domyśliłam się gdzie jestem. Udało się w końcu. Z uśmiechem zeszłam na dół rozglądając się po pomieszczeniach. Dotarłam do salonu gdzie za szybą stały wszelkie rodzaje koniaków. Poszłam do kuchni po szklankę i zobaczyłam na blacie karteczkę:

'Katy, ja, Nath i Mary poszliśmy na zakupy i załatwić parę rzeczy na mieście, żeby nikt się nie czepiał nas. Będziemy niedługo.Hay.'

Westchnęłam cicho, ale wzięłam szklankę wyciągając butelkę szkockiej. Usiadłam na kanapie. Nalałam sobie szklankę. Zapiekła mnie ręka. Nagle mnie olśniło. Zabiłam wczoraj dwóch ludzi, a raczej prawdopodobnie trzech. To było dziwne uczucie. Jeszcze nigdy się tak nie czułam. Z jednej strony byłam załamana tym faktem, a z drugiej czułam się dziwnie wolna, choć nie wiedziałam czy na pewno zabiłam Mike'a. Zdążyłam wypić trzy szklanki alkoholu i zacząć czwartą kiedy zobaczyłam moich współtowarzyszy w domu. Wszyscy stanęli jak wryci widząc co robię. Hayden chyba wiedział, że coś jest nie tak, ale nikt się nie odezwała. Wszyscy zniknęli w kuchni. Słyszałam szczątki ich rozmów. Wzięłam butelkę i jeszcze jedną na zapas. Zgarnęłam jeszcze tylko jakąś książkę z małej biblioteczki i wyszłam do ogrodu w samej koszulce. Zobaczyłam w oddali nad jeziorkiem sporawą huśtawkę z kocem. Doczłapałam się do niej kładąc na stoliku obok alkohol i szklankę. Piłam jak najęta wczytując się w lekturę. Spędziłam tak cały dzień. Znów się nachlałam, w południe znów zasnęłam. Prze trzeźwiałam i od nowa. Żadno z moich przyjaciół tu nie przyszło. I dobrze. Musiałam posiedzieć trochę sama. Moja libacja skończyła się dopiero wieczorem.
Obudziłam się koło ósmej wieczorem. Miałam kaca, ale nie mogłam już patrzeć na alkohol, zresztą było już chłodno. Złapałam swoje śmieci i poszłam do domu. Wszyscy siedzieli przed telewizorem. Żadno się nie odezwało. Poszłam do pokoju, w którym spałam. Na łóżku leżały jakieś ubrania. Zobaczyłam dresy w moim rozmiarze. Złapałam je i poszłam do łazienki się przemyć trochę pod prysznicem. Potem wskoczyłam w czyste ciuszki i zeszłam na dół. Chciałam iść do kuchni kiedy zawołał mnie Hay. Z westchnieniem podeszłam do nich i usiadłam na fotelu obok.
-Jest sprawa, będziemy musieli wam zrobić dziewczyny nowe dowody tożsamości, żeby was nie znaleźli. Chcieliśmy, żebyście zmieniły jeszcze kolory włosów, żeby było was trudniej znaleźć- wyjaśnił chłopak. Kiwnęłam potakująco głową. To mogło się udać.
-No okey, nie ma problemu- odpowiedziałam. Hay uśmiechnął się szeroko i zadzwonił gdzieś. Po piętnastu minutach w naszym domu stawiła się długonoga blondynka z masą jakiś walizeczek. Nath wyjaśnił, że to przyjaciółka jego dziadków, która opiekuje się domem i która zajmie się naszymi włosami.
Nie miałyśmy nic do stracenia. Na pierwszy ogień poszła moja przyjaciółka. Zażyczyła sobie mega krótkie blond włosy i tak się stało. Po godzinie dziewczyna wyglądała jak złośliwy chochlik. Krótkie włosy idealnie podkreślały jej kości policzkowe, a jasny kolor rozświetlał jej twarz. Potem moja pora. Powiedziałam, że zdaję się na inwencję naszej fryzjerki. Ta zatrzepotała rzęsami i zabrała się za robotę. Czułam tylko jak coś mi lata po ramionach. Dopiero po godzinie zachwycona spojrzałam w lustro. Miałam czerwone włosy troszeczkę za ramiona skręcone w śliczne loczki. Dziewczyna powiedziała, że jest to trwała, więc nie mam o co się martwić, będę miała loki przez długi czas tak jakbym miała je naturalnie. Wyszczerzyłam się do lustra. Założyłam na nos okulary z czarnymi oprawkami. Wyglądałam idealnie. Z uśmiechem poszłam do salonu gdzie wszyscy wyczekująco czekali na mnie. Hay gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko i podszedł do mnie szepcząc mi do ucha, że jestem śliczna. Zarumieniłam się. Pożegnaliśmy się z moją fryzjerką i Hayden zabrał się od razu za zdjęcia do dokumentów naszych. Potem miałam się dowiedzieć kim będę i jak wygląda moja historia, bo Mary już wiedziała. Od jutra miała mięć na imię Margharet Simons, a ja musiałam się nauczyć, że Mary nie ma, że jest Margo. Blondynka i blondyn zniknęli gdzieś, a ja zostałam z naszym drugim wybawcą. Usiedliśmy w kuchni i piliśmy kawę.
-Dobra Katy. Od jutra rana masz na imię Kendall Luckas. Urodziłaś się w Wolverhampton 29 sierpnia 1994r. Nie pamiętasz rodziców, bo zginęli w wypadku gdy miałaś trzy latka. Wychowałaś się w domu dziecka. My poznaliśmy się w szkole, wynajmowaliśmy we czwórkę pokój, a teraz razem przyjechaliśmy na wakacje. No i Margo i Max są małżeństwem.- Spojrzałam na niego zdziwionym wzrokiem. Wyjaśnił mi, że oni też musieli zmienić dane. Nathan był Max'em, a Hayden zamienił się w Harry'ego. Musiałam to chyba sobie zapisać, albo nie wiem co, ale jak na razie wiedziałam tyle, że:
1.Mary od teraz ma na imię Margharet Simons
2.Ja zamieniłam się w Kendall Luckas
3.Nathan nazywał się Max Simons
4.Hayden to teraz Harry White

To było cholernie pokręcone, ale to dla naszego dobra. Zresztą mi się tam podobało. Tylko musiałam się tego nauczyć. Pierwsze co zrobiłam to zamieniłam Hayden w telefonie na Harry. Dopisałam jeszcze kilka numerów, które dał mi chłopak. Zajęliśmy się sprawami dziwnymi, a raczej internetowymi. Zakładaliśmy nam konta. Na portalach i bawiliśmy się w internecie. Harry zadzwonił do znajomego informatyka, żeby przestawić datę założenia kont. Porobiliśmy kilka zdjęć. Pozapraszaliśmy znajomych. Wszystko było tak jak miało być, a jutro miałam dostać swój nowy dowód i prawo jazdy. Powoli układaliśmy wszystko. Dowiadywałam się więcej o naszych nowych historiach. Byliśmy kimś innym. Podstawową rzecz jaką musiałam sobie zakodować było to, że Mary, Katy, Hayden i Nathan umarli na lotnisku w Londynie, za to narodzili się Margo, Kendall, Harry i Max. To było teraz najważniejsze. Siedziałam na krześle, a potem przenieśliśmy się na kanapę. Gadałam z Harrym jeszcze długo, aż w końcu Morfeusz porwał mnie w swoje ramiona.
W końcu przespałam całą noc spokojnie. Czułam się wypoczęta, a kolorowe sny dawały upragnione ukojenie. Dawno nie czułam się tak wspaniale jak dzisiejszego ranka. Wstałam o dziewiątej i poszłam pod prysznic. Poprawiłam swoje czerwone loczki. Nałożyłam makijaż tak delikatny, że ledwo było go widać. Założyłam na nosek okulary i wcisnęłam się w delikatną sukienkę. Zbiegłam szczęśliwa na dół.
-Hej wszystkim- powiedziałam szczerząc się jak debilka. Usiadłam do śniadania i wtedy usłyszałam głos Harry'ego.
-Wieczorem jest impreza, idziemy?-zapytał. Wszyscy ochoczo pokiwaliśmy głowami...

środa, 17 lipca 2013

Part VII - Dance Macabre

Nie wierzyłam w to co się działo. To miał być koniec Hayden i Nathan chcieli nam pomóc. Sama się szczerzyłam do siebie. To było jak zrządzenie losu. Chłopaków nie było dłuższą chwilę, aż Mary zasnęła na kanapie. Położyłam przyjaciółkę delikatnie na kanapie i poszłam do kuchni po sok. Nalałam sobie pełną szklankę marchewkowego napoju i ruszyłam na zwiedzanie domu. Jakoś cholernie mnie ciekawiło co tu jest. Czym zajmuje się nasz wybawca. Spacerowałam po miękkim dywanie. Szczególnie wygodnie nie czułam się w tym stroju, ale cóż poradzić. Nagle wpadłam na coś. Wyciągnęłam szybko komórkę pisząc jednego sms'a.

Jedna wiadomość wysłana do: Hayden

Mogę mieć małą prośbę? Chciałam pożyczyć jakąś Twoją koszulkę,
bo mnie szlag trafi w tej sukience ;c


Na odpowiedź nie musiałam długo czekać.

Masz nową wiadomość od: Hayden

Masz wolną rękę, moja sypialnia jest druga od lewej
zaraz od schodów :)



Wyszczerzyłam się do telefonu, ale już nic nie odpisałam. Posłusznie znalazłam pokój chłopaka. Był wielki i cholernie przestronny. Ja od paru lat miałam za pokój małą klitkę, którą dzieliłam z Mary i masą ciuchów pracowniczych. Nie mogłam się nadziwić. Potem pchnęłam powoli kolejne drzwi i znalazłam się w wielkiej łazience z olbrzymią wanną. Spojrzałam na nią oczami wielkości piłek do tenisa stołowego. Aż się chciało wejść do wanny pełnej wody. Pobiegłam niemal do brodzika i odkręciłam ciepłą wodę. W końcu miałam się tu czuć jak w domu. Woda się lała, a ja rozwiązałam włosy, żeby znów je spiąć na czubku głowy w niedbałego koka. Zrzuciłam z siebie brudne ciuchy i wrzuciłam je prosto do kosza na śmieci. Nie chciałam mieć jakichkolwiek pamiątek po moim poprzednim życiu. Powoli wsunęłam stopę do wody, w której pływały przeróżne zapachowe olejki. Dawno nie robiłam sobie takiej kąpieli. Zawsze był tylko szybki prysznic pod nadzorem jakiegoś ochroniarza, żebym nie uciekła, ani się nie powiesiła jak kiedyś próbowałam. Tym razem zawładną mną spokój. Siedziałam zanurzona po szyję w wonnej kąpieli i napawałam się spokojem. Piana otaczała moje blade ciało. To było nowe uczucie. Powinnam się do niego przyzwyczaić, skoro to miał być koniec piekła. Przymknęłam delikatnie oczy i chyba zasnęłam, bo kiedy otworzyłam oczy następnym razem, woda była już chłodna. Ziewnęłam przeciągle i owinęłam się ręcznikiem. Pachniał perfumami Hayden'a. Westchnęłam i weszłam do sypialni chłopaka. Otworzyłam jedną z wielkich szaf wyciągając koszulę w kratę i dresy. Wszystko oczywiście za duże, ale już ja wiedziałam jak sobie z tym poradzić. Dres szeroki miał zostać, ale z koszulą było gorzej. Zamieniłam ją na szary t-shirt z nadrukiem głoszącym: 'I'm your king'. Zawiązałam koszulkę z tyłu na mały supełek. Założyłam ją, schowałam supeł za materiałem. Wyglądałam normalnie jak na siebie. Przełożyłam komórkę do kieszeni dresów. Przydałby się jeszcze jakieś trampki. Nagle zobaczyłam w szafie małe czarne conwersy. Nie wydawały się, aby należały do chłopaka ze względu na ich rozmiar. Na mnie były o niecały rozmiar przyduże, ale wolałam to niż znów zakładanie na stopy szpilki. Z uśmiechem szłam na dół. Usłyszałam pisk Mary. Zbiegłam szybko na dół. Dziewczyna stała przy oknie i zaczynała płakać. Podeszłam do niej i podążyłam za jej wzrokiem. Zobaczyłem Mike'a. Dzwonił do bramy. Kurwa! Czyli przyszedł czas, żeby nas odebrać, a chłopaków wciąż nie było. Czyli jednak zasnęłam w tej wannie. Nagle zobaczyłam jego wkurzoną twarz i jak wyciąga broń zza kurtki. Przeklęłam. Pchnęłam przyjaciółkę z daleka od okna i wybrałam numer Hayden'a. Odebrał niemal od razu.
-Hayden, Mike tu jest- powiedziałam zdenerwowanym głosem. Po drugiej stronie zapadła cisza, ale nie długa.
-Mieliśmy wracać już, ale zrobimy tak. Weś z szuflady obok kanapy broń, słuchawkę bezprzewodową i klucze- powiedział całkiem spokojnie. Podbiegłam do szafki i wyciągnęłam wszystko. Rozłączyłam połączenie, założyłam słuchawkę na ucho i jeszcze raz wybrałam numer chłopaka. Klucze schowałam w kieszeni dresów, a broń za gumką spodni, ale zanim ją schowałam jeszcze sprawdziłam czy jest naładowana. Była. Pełny magazynek. Złapałam Mary za rękę.
-Mam wszystko-powiedziałam. Choć nie byłam pewna czy to się uda. Jednak kto nie ryzykuje ten nie zyskuje.
-Wyjdźcie tyłem, wyjście jest w kuchni, z tyłu stoi samochód. Jedźcie prosto na lotnisko, będziemy tam czekać. Miejsce 11. Uważajcie na siebie i nie rozłączaj się!- powiedział chłopak.
-Okey- tylko tyle powiedziałam. Spojrzałam uważnie na przyjaciółkę. Kazałam jej zdjąć ze stóp szpilki, aby nie chrzęścić na żwirze. Posłuchała mnie. Wyglądała na przerażoną. Wyszłyśmy do kuchni i nie gasząc świateł na dwór. Powoli zbliżałyśmy się do miejsca gdzie miał stać samochód. Chłopak nagle się odezwał mówiąc, żebym przejechała przez żywopłot na tyłach domu. Szłyśmy powoli i nagle usłyszałam krzyk naszego 'pracodawcy'. Zaklęłam. Zauważył nas. Dwaj jego ochroniarze przeskoczyli przez płot i zaczęli biec w naszą stronę. Wyjęłam ze spodni pistolet, ale tym samym wypadły mi klucze. Mary zaczęła grzebać w żwirze. Mężczyźni byli coraz bliżej. Musiałam to zrobić. Przez tyle lat wszyscy mieli mnie za sukę i dziwkę. Odbezpieczyłam broń. Zanim Mary cokolwiek powiedziała, padły dwa strzały w ich stronę. Obaj mężczyźni padli na chrzęszczący żwir. Miałam zacięta minę. Przerażona Mary podała mi znalezione kluczyki.  Nie myślałam. Kazałam jej biec do auta. Nagle naszym oczom ukazało się czarne porsche. Nawet nie zwróciłam na to uwagi. Wsiadłyśmy do samochodu. Włożyłam kluczyk do stacyjki i usłyszałam boski dźwięk mruczącego silnika. Wiedziałam jedno. Nie dam znów nas zamknąć w tym bulderze. Z piskiem opon wjechałam w żywopłot, który ugiął się pod ciężarem samochodu. Spojrzałam w lusterka. Mike zdążył wsiąść do auta i ruszyć za nami. Zaklęłam pod nosem. Docisnęłam pedał gazu do maksa. Z zacięta miną jechałam drogą, ale jeżeli chciałam coś osiągnąć musiałam go zgubić. Nagle skręciłam w małą uliczkę. Zjechałam w jakieś odludzie na drogę polną. Bałam się o zawieszenie wozu, ale po chwili przestałam o tym myśleć. Za nami znów pojawił się wóz naszego oprawcy. Spojrzałam na Mary. Wyglądała na spokojniejszą. Hayden mówił coś do mnie, ale mu nie odpowiedziałam. Spojrzałam uważnie na przyjaciółkę.
-Mary, musisz usiąść na moje miejsce i przejąć kierownicę- dziewczyna kiwnęła głową. Wsunęła się na moje kolana. Przejęła pedały a ja szybko wysunęłam się na jej miejsce. Otworzyłam szyberdach auta. Stanęłam na siedzeniu. Hayden coś na mnie krzyczał. Nie zwracałam na to uwagi. Stanęłam na siedzeniu wychylając połowę ciała przez dach w samochodzie. Chłopak wciąż krzyczał. Nie mogłam się skupić. Zdjęłam słuchawkę ciskając nią na siedzenie. Wyjęłam broń i wycelowałam w opony samochodu.
-Mary, zwolnij- dziewczyna posłusznie zrobiła co kazałam. Im byłam bliżej tym łatwiej było mi celować. Kierowałam się na opony, ale to był błąd, bo usłyszałam strzał i to nie z mojej broni. Poczułam ból w ramieniu, ale olałam to przebijając opony samochodu Mike'a, a potem wyjebałam dwie kulki w szybę. Auto się zatrzymało. Nie wiedziałam czy go zabiłam, ale byłam tego pewna. Schowałam się do wnętrza pojazdu i tym razem ja się znów wsunęłam na miejsce kierowcy. Przyjaciółka patrzyła na mnie zdziwionym wzrokiem. Przyśpieszyłam. Wiedziałam ile to autko może osiągać. Tata był mechanikiem i dużo czasu spędzałam z nim w garażu. Nagle Mary zbladła.
-Katy ty krwawisz...On Cie postrzelił- szepnęła przerażona. Zerknęłam na swoje ramię. Było tylko draśnięcie na szczęście. Pokręciłam głową. Dodałam jeszcze biegu nic nie mówiąc. Nagle skręciłam znów wyjeżdżając na normalną drogę jednak dalej pędziłam. Był późny wieczór, wszyscy siedzieli w domach i oglądali mesz baseballu, albo rozpijali się w barach. Miałyśmy wolną przestrzeń. Zwolniłam dopiero jak wjechałyśmy na parking koło lotniska. Szukałam miejsca, a kiedy je znalazłam stali już tam Hayden i Nathan oparci o jakieś auto. Wyglądali na zdenerwowanych.
Wysiadłam pośpiesznie z wozu. Mary podbiegła prosto do Nath'a i wtuliła się w niego coś szepcząc. Chłopak pobladł.
-Hayden, ten sukinsyn postrzelił Katy- powiedział. Mary się rozpłakała, a H. złapał mnie za ramię i podwiną rękaw swojej koszulki. To było draśnięcie, ale na skórze wyglądało to gorzej. Miałam pół ręki we krwi. Zaklęłam. Najgorsze było to, ze przez adrenalinę nie czułam bólu, ale jak mi zejdzie będzie gorzej.
-Nath leć po whisky do sklepu. Opatrzę jej to, bo nie ma czasu teraz. Przynieś butelkę tutaj, a potem zajmij się Młodą- powiedział. Nathan i moja przyjaciółka zniknęli na chwilę. Chłopak kazał mi usiąść w samochodzie. Posłuchałam go. Zaczynałam czuć ból. Jęknęłam. Krew wciąż ciekła mi po ręce. Chłopak poszedł do drugiego auta po apteczkę. Nagle przybiegła Mary dając mi butelkę daniells'a. Powiedziała coś chłopaków, a potem uciekła. Oparłam się ze łzami w oczach o oparcie auta. Chłopak rozkręcił butelkę i przytknął mi ją do ust. Duszkiem piłam whisky. Wypiłam prawie połowę. Wiedziałam po co to, żeby mnie troszeczkę otumanić i udało się. Znów nie czułam tak mocno bólu. Byłam pijana. Czułam tylko lekkie szczypanie kiedy reszta alkoholu wylądowała na mojej ranie. Na moje nieszczęście trzeba było szyć. Wolałam o tym nie myśleć i skąd Hay to potrafi. Zaczynałam podejrzewać, że umie wszystko, ale się nie odzywałam. Leżałam wygodnie oparta i czekałam grzecznie jak chłopak skończy. Trochę ciągnęło, ale potem poczułam bandaż na ramieniu. Chłopak wytarł pot z czoła. Czułam się zmęczona. Westchnęłam. Przynajmniej jeszcze mnie tak bardzo nie bolało teraz. Widziałam, że chłopak odpala papierosa. Wyciągnęłam mu go z ust i sama paliłam. Chłopak się zaśmiał.
-Powinniśmy się zbierać, za półgodziny mamy samolot- powiedział chłopak. Wstałam z samochodu. Nie wiem jak on chciał mnie pijaną przemycić na pokład samolotu. Nagle poczułam ciepło na ramionach. Jego bluza. No tak musieliśmy zasłonić zakrwawianą koszulkę. Z drugiego auta wyjął jakieś walizki. Byłam tym zdziwiona, ale byłam zmęczona i nie pytałam o nic. Wtuliłam się w jego bluzę. Nawet nie zdążyłam się obejrzeć, a Hay i ja staliśmy przy odprawie lotu do Paryża obok Mar i Nath'a. Jak oni mnie przeprowadzili przez barierkę to nie wiem. Bynajmniej ostatnie co pamiętałam to jak Hayden całuje mnie w czoło i mówi że muszę się przespać...